No more Nasi Goreng? - Wyprawa nurkowa na Bali


No more Nasi Goreng?

czyli kilka bardzo subiektywnych wspomnień z wyprawy teamu nurkowego Szkoły Nurkowania NAUI w Rydułtowach do Indonezji


 

 

Wsiadając na pokład LOT-owskiego samolotu z Warszawy do Frankfurtu pomyślałam: Już za 24h będziemy na miejscu. Wkrótce okazało się, że jednak niekoniecznie...

 

Kiedy dotarliśmy na jedno z największych lotnisk świata od przedstawicieli Cathay Pacific otrzymaliśmy bony żywieniowe i informację, że nasz lot jest opóźniony o kilka godzin. Udaliśmy się więc na mały shopping w strefie wolnocłowej, po czym postanowiliśmy przejeść/przepić (co kto woli ;)) różowe świstki o wartości 25€. Odpoczywając jeszcze przy stolikach po dość obfitym lunchu ujrzeliśmy na wyświetlaczu zmianę przy pozycji Hongkong. Okazało się, że polecimy dopiero następnego dnia ze względu na awarię i konieczność sprowadzenia pewnej części z Londynu. Cudownie! Zawsze uśmiechnięta i cierpliwa pani z CP skierowała nas do Hotelu Sheraton, gdzie zapewniono nam nocleg i kolejne posiłki, niestety bez dostępu do głównego bagażu.

 

Nazajutrz już prawie punktualnie nasza 17-osobowa grupa wyleciała do Hongkongu, skąd po krótkiej drzemce ruszyliśmy do Denpasar. Jeszcze tylko odstać swoje w gigantycznej kolejce do uiszczenia opłaty za wizę, drugie tyle w następnej kolejce po pieczątkę, odebrać już czekający na nas bagaż i możemy się pożegnać z lotniskami na jakiś czas. Pejzaże oglądane przy świetle zachodzącego słońca przez okna busów zaskakują nas swoją odmiennością i egzotyzmem. Zamiast jednak od razu udać się do hotelu i odpocząć po wykańczającej podróży, musimy jeszcze zawieźć sprzęt nurkowy do bazy i odpowiednio go oznaczyć zabawnymi niebieskimi imiennymi "labelkami". Dopiero po tym (tak! nareszcie!) przyjeżdżamy do hotelu Mimpi w Tulamben, aby wykąpać się w łazienkach pod gwiazdami i zasnąć w uroczych chatkach krytych strzechą.

 

I w końcu zaczęło się to, po co przebyliśmy taki kawał drogi. Korzystamy z usług bazy Benthos w Candidasie, którą współprowadzi Maciej Perepeczo, w trakcie naszego pobytu nieobecny i zastępowany przez partnerkę - Kasię. Po wejściu do wody z plaży pierwsze nurkowanie robimy na wraku statku o dość ciekawej historii - US Liberty. Został on trafiony japońską torpedą w czasie II wojny światowej i odholowany na brzeg, gdzie miał już pozostać, jednak w latach 60. wybuch wulkanu ponownie połączył go z morzem. Dobra, ale nie zachwycająca widoczność pod wodą pozwoliła nam wstępnie się zapoznać z fauną i florą Morza Balijskiego. Prawdziwe piękno tego miejsca poznaliśmy jednak dopiero w czasie nocnego nura, kiedy plankton, zamiast przeszkadzać, po zgaszeniu latarek stał się dekoracją ciemnej przestrzeni. Poza wrakiem w rejonie Tulamben zobaczyliśmy jeszcze dość ubogą w roślinność podwodną świątynię z posążkami bóstw, a także piramidy porośnięte młodym koralem.

 

Po kilku dniach przenieśliśmy się do kompleksu Bayshore Villas w Candidasie. Stamtąd już kolorowymi łódkami rybackimi wypływaliśmy na kolejne nurkowania w obrębie Amuk Bay. Blue Lagoon to przede wszystkim rafa koralowa i bujna fauna podwodna, wśród której rarytas, na który pewnie nie zwrócilibyśmy uwagi, gdyby nie zachwyt naszych dive masterów: ślimaki nagoskrzydłe. Jak okazać zachwyt pod wodą? Najprostszy i zarazem najbardziej efektowny sposób, charakterystyczny dla DM - Jorge, można określić jako "na Makłowicza". Polega on na rozstrzeleniu palców jednej dłoni po ich zbliżeniu do ust, przy jednoczesnym prostowaniu całej ręki :)

 

Warte uwagi są również Mimpang i Tepekong - skaliste wysepki, wokół których występują silne prądy, często utrudniające lub wręcz uniemożliwiające nurkowanie. Jednak przy sprzyjających warunkach udało nam się tam spotkać rekiny White Tip, kałamarnice zmieniające kolory na naszych oczach, tuńczyki przypominające rekiny (groźne i agresywne ;)) żółwie i oczywiście – korale.

 

Aby zobaczyć nieco większych mieszkańców głębin łodziami 'z prawdziwego zdarzenia' wybraliśmy się na jeden dzień do Crystal Bay. Nie zawiedliśmy się :) Ogromne manty i piękna mola mola wynagrodziły nam trud podróży, nawet tym cierpiącym na chorobę morską ;) Ich widok naprawdę zapiera dech w piersiach. Mola mola, z bliższej odległości i na mniejszej głębokości mieliśmy jeszcze okazję zobaczyć w okolicach Mimpang i Tepekong. Tym razem przypatrywaliśmy się jej na tzw. cleaning station - w miejscu, gdzie inne, mniejsze rybki oczyszczają ją od zewnątrz.

 

Jednak nie przylecieliśmy na Bali tylko dla nurkowań. Zwiedziliśmy m.in. największą i najważniejszą, balijską matkę świątyń - Pura Besakih. Rozbudowywana przez kilkanaście wieków urosła w rozległy labirynt przejść i schodków pomiędzy poszczególnymi budowlami, których naliczono ok. 200. Teoretycznie turyści mogą się poruszać wyłącznie po wyznaczonych ścieżkach i pozostawać na dozwolonych placach, lecz za "jedyne" 10$ można ominąć to ograniczenie i zwiedzić z przewodnikiem cały kompleks. UWAGA! Medytacja z kwiatami i kadzidełkami GRATIS!

 

Ciekawym doświadczeniem okazała się również wizyta na plantacji kawy. Dziwnie jest patrzeć na drzewo kakaowca myśląc o stosach ładnie opakowanych czekolad w supermarkecie, lub uświadomić sobie, że te wszystkie przyprawy, które sproszkowane zalegają nasze kuchenne półki też kiedyś były czegoś korzeniem, czy korą. Jednak najciekawsza jest kawa kopi luwak. Do jej produkcji niezbędne są urocze futrzaste zwierzątka - luwaki (po polsku łaskuny muzangi), a ściślej - ich przewody pokarmowe. Tak właśnie. Najdroższa kawa świata pochodzi z kupy tych małych ssaków, które odżywiają się ziarenkami kawy.

 

Bali pełne jest przeróżnych zwierząt, z którymi kontakt bezpośredni jest najczęściej płatny. Można wybrać się na przejażdżkę na słoniach lub też skorzystać z tzw. fish spa - gdzie rybki Garra Rufa, niemiłosiernie łaskocząc, oczyszczają nam skórę nóg. Miejscowi hodują koguty do walk, które są częścią różnych ceremonii religijnych. W Monkey Forest w Ubud poznaliśmy też małpy, które okazały się być mało przyjazne, wręcz agresywne i bardzo zawzięte na banany. Jeśli zauważyły je u kogoś, rzucały się na niego i gryzły. Stałym elementem krajobrazu są jaszczurki wszelkiego rodzaju. Idziesz ścieżką - jaszczurka. Leżysz w łóżku - na ścianie obok jaszczurka. Wchodzisz do toalety - jaszczurka. Dzięki nim ograniczony jest jednak problem insektów.

 

Wybraliśmy się również do najstarszej balijskiej wioski - Tenganan. Po złożeniu "dobrowolnego" datku przydzielono nam przewodnika, który oprowadził nas opowiadając po drodze o miejscowych zwyczajach i tradycjach, po czym zaprosił nas do swojego domu, gdzie poznaliśmy jego wielopokoleniową rodzinę i ofertę handlową, z naciskiem na to drugie. Szczególnie zapadła mi w pamięć informacja o chłopcach okładających się kaktusami, podczas czegoś w rodzaju ceremonii przejścia w wiek męski. Widzieliśmy nawet zdjęcia.

 

Aby urozmaicić sobie pobyt, postanowiliśmy wejść na krater czynnego wulkanu Agung, który jest najwyższym wzniesieniem na całej wyspie i mierzy 3142 m n.p.m.. Wycieczka rozpoczęła się o 1:00 w nocy, kiedy wsiedliśmy do busów i ruszyliśmy w stronę góry. Około godziny 2 zaczęliśmy nierozsądnie szybkim tempem wbiegać (bo nie było to wchodzenie) na schody prowadzące do szlaku. Wkrótce wyklarowało się kilka grupek zgodnie z szybkością marszu. Niesamowicie jest iść przez dżunglę przy świetle czołówki, blasku gwiazd i zapachu trawy cytrynowej... Każdy z nas ciężko pracował i pomimo kryzysów oraz chęci wzywania śmigłowca z Jakarty na krótko przed wschodem słońca mogliśmy już podziwiać z góry świat okryty chmurami. W końcu wszystko siedzi w głowie! Poza euforią czuliśmy jednak przede wszystkim chłód ze względu na silny wiatr i niską temperaturę. Schodziliśmy jakby w innej rzeczywistości - światło słoneczne diametralnie zmieniło nasz sposób postrzegania otoczenia, wręcz nie poznawaliśmy tej samej drogi. "Spacerek" ten zakończyliśmy akcentem patriotycznym, jako że nasi przewodnicy zaśpiewali swój hymn narodowy, nie mogliśmy być gorsi i wykonaliśmy nasz "Mazurek Dąbrowskiego".

 

A może tak kilka słów o miejscowej kuchni? Tytułowe Nasi Goreng, czyli ryż z warzywami i mięsem, ewentualnie z jajkiem sadzonym na wierzchu, szybko nam się przejadło, więc naszą uwagę przyciągnęła reklama pewnej przydrożnej knajpki w Candidasie "No Nasi Goreng. Only hamburgers, hot dogs & cold beer". Jedliśmy sporo owoców morza i degustowaliśmy regionalne dania, ale po kilku dniach eksperymentów znów odzywał się w nas głód porządnego niezdrowego hamburgera z górą frytek i ketchupem. Na straganach i w obwoźnych budkach, które z pewnością nie przeszłyby pozytywnie kontroli sanepidu, można było też znaleźć ciekawe smakołyki, takie jak banany, warzywa lub mięso kurczaka zapiekane w cieście, szaszłyki z sosem orzeszkowym, orientalne zupki ze wszystkim co możliwe (może lepiej do końca nie wiedzieć co tam było?), fioletowe chipsy, ryżowe słodycze z cukrem trzcinowym i wiórkami kokosowymi, a także ogromny wybór owoców, od różnokolorowych gatunków bananów, przez dżakfrut (smakowe połączenie melona i banana) po różową pitayę.

 

Kiedy po dwóch tygodniach większość grupy wróciła do domu, wspaniała trójca ruszyła jeszcze na podbój innych wysp Indonezji. Spędziliśmy też trochę więcej czasu na zwiedzaniu Bali. Wszystko to pod opieką Pawła Bartnika, właściciela firmy Indo Explorer, który poza organizacją wypraw i wycieczek oraz ogromną dawką humoru i pozytywnej energii, oferuje również swoje usługi w dziedzinie porad życiowych i przepowiadania przyszłości ;) Samolotem miejscowych linii Merpati polecieliśmy na Flores, skąd łodzią wypłynęliśmy na spotkanie z waranami z Komodo, ostatnimi żyjącymi krewnymi dinozaurów. Poza trekkingami w Parku Narodowym Komodo, gdzie zobaczyliśmy wylegujące się przy ścieżkach "smoki", czas urozmaicaliśmy sobie snorkellingiem. Co można powiedzieć o waranach? Są tak brzydkie, że aż piękne :) Szczególnie w swoim specyficznym ruchu, kiedy wysuwają razem naprzeciwległe kończyny. Duże wrażenie zrobił na nas niesamowity zachód słońca obserwowany z łodzi i jedzenie serwowane przez naszego kucharza, zdecydowanie najlepsze na całym wyjeździe. Te krewetki! Egzotyczny klimat Flores mogliśmy poczuć nawet odpoczywając po pełnym wrażeń dniu w hotelu Bayview Gardens. Jak sama nazwa wskazuje, z naszego zadaszonego tarasu rozciągał się wspaniały widok na miasteczko portowe Labuan Bajo, wieczorem dokładnie słyszeliśmy też stamtąd muezzinów zwołujących wiernych na modlitwę z dwóch pobliskich minaretów.

 

Kolejna wielka przygoda po zdobyciu wulkanu to canyoning. Taki sport ekstremalny. Polega na poruszaniu się w dół rzeki schodząc, ślizgając się po skałach, zjeżdżając na linie i skacząc z wieeelometrowych półek skalnych do wody. Czad! Adrenalina! Emocje! Uśmiechy nie schodziły nam z twarzy przez cały czas. Nie do opisania. To po prostu trzeba przeżyć :)

 

Jeden aby dowiedzieć się czegoś więcej o swoim życiu, drugi z czystej ciekawości, towarzyszący mi panowie (czy to aby nie brzmi staro? niech więc będzie - chłopcy) postanowili odwiedzić znanego na całym świecie za sprawą filmu "Jedz, módl się, kochaj" (uzdrowiciela? wróżbitę?) Ketuta. Staruszek o prawie bezzębnym uśmiechu w tradycyjnym balijskim pareo i koszulce z napisem Kazachstan z poszczególnych rysów twarzy "wyczytuje" osobowość i przepowiada przyszłość. Czy jego prognozy się spełniły? Nie wiem, ja tylko robiłam zdjęcia.

 

Zwiedziliśmy też kilka dodatkowych świątyń o unikalnym charakterze. Jedna została wydrążona w skale już w XI w., inna - Pura Titra Empul - znajduje się przy źródle mającym posiadać cudowne właściwości oczyszczająco - błogosławiące, kolejna usytuowana jest na skraju prawie 100-metrowego urwiska w Uluwatu. Nawet najwięksi twardziele odczuwają tam przynajmniej "obawę" wysokości.

 

Po trzech tygodniach przyszedł jednak czas na powrót do domu. Obserwacja surferów igrających z falami na południowym wybrzeżu skłaniała do refleksji. Tyle chwil, przygód i przeżyć minęło od rozpoczęcia tej niezwykłej wyprawy, że szara jesienna rzeczywistość w klimacie umiarkowanym wydawała się czymś zupełnie niemożliwym. A jednak wróciliśmy do kraju. Warszawa przywitała nas bardzo optymistycznym deszczem :) Nie ma jak w domu.

 

 

Autor: Marta Noga

Team: Szkoła nurkowania NAUI